Przejdź do głównej zawartości

108. Połączenie sprzymierzonych

Transkrypcja OCR — wersja beta. Tekst zachowuje pisownię wydania z 1946 roku. Jeżeli zauważysz błąd rozpoznania, użyj odsyłacza „Edytuj stronę” na dole.

Gra oznaczona w książce gwiazdką: odpowiedniejsza dla starszych harcerzy.

Czerwoni, podzieleni na dwie części, stoją w oddaleniu 2—4 km od siebie. Rozdziela ich oddział białych, znajdujący się w pośrodku. Obie partie są jednakowo silne. Czerwoni mają się połączyć, unikając zetknięcia z białymi, gdyż każdy ich oddział osobno wzięty jest słabszy od białych, natomiast biali mają do tego połączenia nie dopuścić.

Teren musi być ograniczony i mieć 2—4 km² powierzchni — zależnie od liczby harcerzy. Im będzie mniejszy, tym trudniejsze będzie zadanie czerwonych. Nadto powinien być mieszany i to w większej części pokryty, a tylko gdzieniegdzie otwarty; pewne wyniosłe punkty powinny dawać przegląd najbliższej okolicy.

Rozpoczyna się ćwiczenie. Oba oddziały czerwonych muszą się przede wszystkim porozumieć co do wspólnej akcji. Gdyby bowiem każdy działał na własną rękę, mogłoby się zdarzyć, że np. na lewym skrzydle przekradłby się jeden oddział a na prawym, w stronę przeciwną, drugi i nadal nie byłoby połączenia, tylko oddziały zmieniłyby swe stanowiska.

Odbywa się więc narada, układa się plan przejścia, ustala sposoby zmylenia nieprzyjaciela itd. i wysyła się wywiadowców z ułożonym planem na stronę przeciwną. Oczywiście można dążyć do porozumienia się i innymi sposobami, np. sygnalizacją. Cóż prostszego, jak wynaleźć punkt, z którego widać przeciwległy teren, rzucić słowo «czekaj» i otrzymać znak, że «zrozumiano»? Wprawdzie może ten wyraz przejąć nieprzyjaciel i zorientuje się, z której strony przekradać się będą przeciwnicy, lecz trudno siedzieć z założonymi rękami. A gdyby nie udało się to porozumienie, to pozostają zwiadowcy. Przy tym jednak należy pamiętać, że i towarzysze ze strony przeciwnej mogą wysłać swych wywiadowców z innym planem — a wtedy którego planu się trzymać? Musi się i tę okoliczność przewidzieć i w depeszy umieścić, czyj plan w takim razie będzie się wykonywać. A jeżeli obie strony jednakie zrobią zastrzeżenia, bo i to możliwe? A gdzie się ma pewność, że depesza doszła? Bo może być w niej np. żądanie, żeby sygnalizacją potwierdzić odbiór, lecz czy takiego potwierdzenia nie może dać nieprzyjaciel, który depeszę przejął — a w takim razie wpadnie się wprost w zastawioną pułapkę! Widać z tego wszystkiego, że już pierwsza faza ćwiczenia przedstawia i trudności, i niebezpieczeństwa nie lada.

Lecz przewidziano, co się dało i zwiadowcy ruszyli. Niosący depeszę (a może ich być dwóch, a nawet trzech, idących różnymi drogami) wiedzą, jaką dźwigają odpowiedzialność i że powodzenie i wygrana oddziału od ich sprawności, przytomności i zaradczości zależy. A czeka ich trud niemały, bo nieprzyjacielowi w pierwszym rzędzie zależy na uniemożliwieniu porozumienia się wzajemnego. Tu śmiałość nie wystarcza; trzeba może zażyć forteli. Może np. jeden nieść depeszę fałszywą, a śledzić go drugi z depeszą prawdziwą. Pierwszy przekrada się niby niezręcznie (byle nie nazbyt niezręcznie, bo to wzbudzi podejrzenie!) i ostatecznie zostaje ujęty, sprowadzając cały pościg na siebie — drugi korzysta z tego i chyłkiem umyka; pierwszy niby chce depeszę zniszczyć, przeciwnicy do tego nie dopuszczają i prowadzą z triumfem jeńca — a drugi, który umknął, jest już u celu i informuje o wszystkim. Czy trzeba harcerzom poddawać pomysły? Czy nie mogą sami ich setki wymyślić i ułożyć? Czy trzeba dodawać, że bezwarunkowo nie można dopuścić, ażeby prawdziwa depesza dostała się do rąk nieprzyjaciela?

Ostatecznie udało się — ustalono wspólny plan działania i czas jego rozpoczęcia (to ważne! — mogą być nawet wyznaczone terminy na poszczególne czynności, jeżeli plan skomplikowany). Teraz nadchodzi druga faza ćwiczenia.

W myśl planu kształtuje się ona najrozmaiciej. W jednym lub dwóch punktach czerwoni robią fikcyjne usiłowania przejścia na stronę swego drugiego oddziału, a w trzecim ten oddział faktycznie na ich stronę przechodzi i następuje połączenie obu. Albo przechodzi tylko jego część (cofając się w razie niebezpieczeństwa a szukając potem wolnego przejścia w innym miejscu) i tak wzmocniony oddział szachuje potem białych, ażeby reszcie swoich przejście ułatwić itd.

I tu można wprowadzić różne dodatkowe prawidła dla ćwiczenia, jak np., że każdej partii wolno wysyłać pojedynczo najwyżej 4 harcerzy (każdego oddzielnie), reszta musi przechodzić w oddziałach najmniej 6—10 ludzi itp.

A co robią biali przez ten cały czas? Ich zadanie stało się trudniejsze z chwilą, gdy nastąpiło porozumienie się czerwonych. Muszą oni najpierw utworzyć kwaterę, z której można by szybko zdążyć z pomocą w razie wezwania przez straże. Straże te umieścić należy na punktach, skąd dobry przegląd okolicy; mają one przez łączników donosić o wszystkich ważnych spostrzeżonych przez siebie wypadkach. Dalej powinni biali całą granicę mieć w ciągłym strzeżeniu tak przez straże, jak i przez patrole, muszą i w jedną, i w drugą stronę wysyłać zwiadowców dla zasiągnięcia wiadomości itp. Jeżeli ćwiczenie wymaga dużo pomysłowości od czerwonych, to i biali mają niemniej trudne zadanie, ażeby zapobiec wszystkim niespodziankom i nie dać się zmylić fałszywym poszlakom.

Gdy granica zbyt długa, trzeba dać pewną liczebną przewagę białym, inaczej nie sprostają zadaniu. Czerwoni bowiem wiedzą, co mają robić, a biali nieraz do ostatniej chwili nie są na działanie czerwonych przygotowani. Jest na to także inna rada. Po prostu można prawidła spotkań tak ścieśnić na korzyść białych, że przez to wyrównują się szanse stron obu. A więc np. czerwony jest wzięty do niewoli, gdy biały obwoła go z oddalenia 10—15 (ew. 15—20) kroków — musi się on cofnąć, gdy obwołanie nastąpiło z większej odległości — grupka czerwonych winna się cofnąć, gdy biali wykazują w spotkaniu przewagę choćby jednego człowieka. Albo: każdy biały może zerwać opaskę czerwonemu i przez to go zabić, nie wolno zaś tego robić czerwonemu — poza zwiadowcami, wolno przechodzić tylko w grupach o sile najmniej ¼ ogólnej liczby czerwonych itd. Zależnie od wyrobienia harcerzy kierownik wybiera te lub owe z ogólnych prawideł spotkania i komunikuje je wszystkim przed ćwiczeniem. W każdym razie obu oddziałom czerwonym podaje się te wiadomości oddzielnie (po rozdzieleniu oddziałów i nim ćwiczenie zapowiedziano), ażeby uniknąć ew. porozumienia się.

Podobnie musi się określić czas trwania ćwiczenia. Nie może on być za krótki. Wiem z doświadczenia, że niewyrobieni harcerze ukończyli raz ćwiczenie w kwadrans, przechodząc bez wielkiego trudu na drugą stronę i to bez żadnych wstępnych przygotowań, lecz byłem również świadkiem, gdy z innymi te samo ćwiczenie po 4 godzinach jeszcze się nie skończyło.

Należy również ustalić, jaka liczba niewolnika ew. zabitych niweczy zwycięstwo mimo połączenia się obu oddziałów.

Można tworzyć najrozmaitsze odmiany tego bardzo dobrego, ale i trudnego ćwiczenia, które można wykonywać przy małej liczbie uczestników (nawet tylko 3 zastępów), a także przy współudziale kilkuset ludzi. Byle tylko długość granicy dobrze dostosować do liczby grających, jeżeli wolno przechodzić w każdym dowolnym miejscu. Raczej niech ona wtedy będzie za krótka, niż za długa.

Mniej jednak uważa się na długość granicy, ile raczej na ilość dróg i ścieżek, jeżeli poda się prawidło, że tylko tymi drogami wolno chodzić zwartym oddziałom, np. od 10 ludzi wzwyż, podczas gdy zwiadowcy mogą się przekradać w każdym punkcie. Z tego wyniknie również przepis, że mniejsza grupa musi się cofnąć przed większą, lecz wtedy białych musi być o wiele więcej niż czerwonych.

Prostszą odmianą ćwiczenia będzie, jeżeli wyznaczy się tylko jeden oddział czerwonych i ten otrzyma zadanie przejścia na drugą stronę granicy, leżącą w tyle za białymi. Odpada wtedy pierwsza faza opisanego ćwiczenia. W tym wypadku obie strony są jednakowo silne.

Jakąkolwiek jednak formę wybierzemy, wszystkie prawidła muszą być zawsze jak najdokładniej określone, gdyż ćwiczenie może się bardzo skomplikować. Zawsze też musi być dostateczna liczba bezstronnych dla rozstrzygania ew. sporów i wyjaśniania wątpliwości.


Źródło skanu: Polona / Biblioteka Narodowa, oznaczenie „Domena publiczna”. Zobacz skan — strony PDF 219–224.